Dobry i zły horror internetowy – krytyka analog horror
Od strasznych historii do strasznych filmików; istnieje wiele sposobów na napędzenie komuś stracha w Internecie. Dlaczego zatem ludzie w kółko używają tych samych, nudnych i przewidywalnych chwytów?
Zdjęcie: kanał Local58 na YouTube
Creepypasta to zwrot pochodzący od anglojęzycznego copypasta, co oznacza wielokrotnie kopiowany i powielany w Internecie tekst - coś w rodzaju polskiego łańcuszka. Creepypasta jest tym samym konceptem, z tą różnicą, że jej treścią ma być straszna historia napisana w taki sposób, jakby jej wydarzenia naprawdę miały miejsce. Za pierwszą creepypastę w historii powszechnie uznaje się Ted the Caver, opublikowaną w 2001 roku na stronie Angelfire. Opowieść śledziła tytułowego Teda i jego przyjaciela, którzy eksplorują niezbadaną dotychczas lokalną jaskinię, a im dalej się przedzierają, tym dziwniejsze rzeczy zaczynają się dziać. Kilka lat później rozpoczął się boom na pisanie własnych creepypast, a Internet zalały naprawdę dobre opowieści z dreszczykiem, jak i nudne i okropnie kliszowe próby napisania takowych. Dzisiaj creepypasty nie są nawet w połowie tak popularne, jak kiedyś, na co składa się wiele czynników. Na ich miejsce wszedł za to nowy format – analog horror.
W 2015 roku na YouTubie rozpoczęła się seria pt. Local 58. Były to filmiki imitujące zgrany na kasetę VHS program telewizyjny z lat 80. z horrorowym twistem. Seria ta znalazła uznanie wśród fanów gatunku found footage i odznaczała się świetną atmosferą, która wciągała widzów w przedstawiane wydarzenia do tego stopnia, że aż zapominało się, że jest to fikcja. Twórcą Local 58 jest Kris Straub, który kilka lat wcześniej napisał jedną z najlepiej ocenianych creepypast - Candle Cove. W dobrych rękach format ten miał potencjał, co zresztą zauważyli inni artyści. Pierwszą serią, która zainspirowała się Localem 58 było Gemini Home Entertainment - utrzymane w tej samej konwencji, ale skupiające się na tematyce istot pozaziemskich. Świetny projekt, zdaniem wielu dorównujący swojemu wzorcowi, lecz niestety nie aż tak popularny. Patrząc na początki analog horroru, można by pomyśleć, że rodzi się kolejny znakomity gatunek horroru internetowego, który będzie tak samo plastycznym formatem, jak niegdyś creepypasty. Niestety, media społecznościowe miały inne plany.
Wraz ze wzrostem popularności Tik Toka wiele zakątków Internetu, które dotychczas „wstrzeliwały się w niszę” zostało wywleczone na światło dzienne i pokazane milionom osób, które wcześniej w ogóle o nich nie słyszało. Akurat miało to miejsce około premiery kolejnej serii pt. Mandela Catalogue. Stworzona przez Alexa Kistera, miała ciekawy koncept, ale bardzo proste wykonanie – nie dorównywała ani trochę do poziomu swoich poprzedników. Jednakże, została ona dobrze wypromowana na mediach społecznościowych, przez co zyskała zainteresowanie internautów, którzy nie byli zaznajomieni z gatunkiem. Oczywiście wśród tych internautów znalazło się wielu artystów, którzy może nie mieli oryginalnych pomysłów na swoją serię horrorową, ale chcieli dołączyć się do tego nowego trendu. I tak oto rozpoczął się okres bezmyślnego kopiowania zabiegów, używania dokładnie tych samych chwytów w celu przestraszenia widza i marnowania czasu na mało interesującą ekspozycję.
Po ukazaniu się Mandela Catalogue gatunek analog horror znali wszyscy. Wszyscy wiedzieli, że jest to tylko projekt artystyczny, robiony w celu opowiedzenia jakiejś historii. I w tym właśnie problem! Horror w dawnym Internecie stawiał na mistycyzm i bawienie się z odbiorcą w taki sposób, aby zapomniał, że ogląda wyszukany przez siebie filmik, czy napisaną z nudów historyjkę. Horror z definicji powinien przede wszystkim wpływać na wyobraźnię odbiorcy, a do tego prezentować coś oryginalnego – coś, czego nie da się tak łatwo przewidzieć. Tymczasem, analog horror został do tego stopnia zbesztany, że istnieją plansze bingo z często wykorzystywanymi zabiegami, które można wypełniać podczas oglądania jakiejś nowej serii. Ważny dla tego gatunku jest także realizm, który decyduje o poziomie zaangażowania odbiorcy. Im mniej przekonujący jest materiał, tym mniej atmosfera będzie się udzielała widzowi. Ponownie, zostało to zepchnięte na bok, tak żeby artyści mogli się pochwalić swoimi ręcznie narysowanymi designami stworów, które absolutnie nie pasują do realistycznej konwencji found footage. Jedynymi projektami, którym udaje się wykorzystanie rysunków są The Boiled One Phenomenon oraz UrbanSPOOK. Styl tego pierwszego jest na tyle niepokojący, ale też względnie realistyczny, że nie można się oderwać od ekranu, ale jednocześnie nie chce się dalej patrzeć. Ten drugi, natomiast, świetnie wplata istnienie swoich brutalnych, groteskowych grafik w fabułę.
Kiedy obejrzy się Mandela Catalogue po raz pierwszy, można poczuć się trochę nieswojo, szczególnie jeśli nie jest się fanem horroru. Ale kiedy widzi się piąty projekt z rzędu, który wykorzystuje dokładnie ten sam schemat i ani trochę nie stara się wprowadzić poczucia realizmu, to trudno się powstrzymać przed ziewaniem i pomijaniem niektórych fragmentów. Historia lubi się powtarzać, ponieważ plaga takich mało oryginalnych, nudnych i niestrasznych dzieł już miała kiedyś miejsce. W czasach creepypast odpowiadała za nią historia o Jeffie the Killerze, gnębionym nastolatku, który staje się spaczonym mordercą. Jest to niemalże identyczna sytuacja – słaby projekt z jakiegoś powodu zyskuje zainteresowanie, po czym pojawiają się dziesiątki okropnych imitacji, które plują w twarz idei horroru.
Nieważne w jakiej formie chce się go tworzyć, trzeba pamiętać, że horror to gatunek wymagający oryginalności i wychodzenia na przeciw wyobrażeniom odbiorcy. Wejście w schemat oznacza przewidywalność, a przewidywalność – nudę.
Dział: Inne typowe
Autor:
Gustaw Miotke — praktykant fundacji: https://fundacjaglosmlodych.org/praktyki/
Źródło:
Tekst autorski